Lato jak rozgazowane prosecco
- zakorkowanysomm
- 25 sie 2025
- 3 minut(y) czytania

Są takie chwile w pracy winiarskiej, kiedy człowiek patrzy na kieliszek i czuje, że coś jest… nie tak. To jak z butelką prosecco zostawioną na blacie – niby wino, niby musuje, a jednak radość gdzieś uleciała. Tyle że w moim przypadku problemem nie jest prosecco, a raczej ja sam – i to uczucie, że zaczynam powoli… no właśnie, “rozgazać” się jak to biedne lato.
Pamiętam zeszłoroczne targi winiarskie w Piemoncie, w miejscowości Pollenzo. Sceneria jak z folderu reklamowego: barokowe mury dawnego uniwersytetu gastronomicznego, długie stoły uginające się od kieliszków, powietrze drżące od włoskiego słońca. Winiarze – eleganccy, opaleni, z tą charakterystyczną iskrą w oku, kiedy zaczynają mówić o swojej ziemi. Opowieści płynęły szerokim strumieniem: o szczepach, które od pokoleń rosną na tym samym wzgórzu; o glebie, która „pamięta jeszcze Cesarstwo Rzymskie”; o winorośli, która rzekomo „oddycha wraz z księżycem”.
Normalnie – bajka. Ale ja? Zamiast notować każde słowo z nabożną uwagą, w myślach prowadziłem inną statystykę: które to Nebbiolo w tym tygodniu? Ósme? Dziewiąte? A może czternaste, bo przecież wczoraj w Asti też było parę „nie do pominięcia” degustacji.
I nie chodzi o to, że wino było złe – wręcz przeciwnie. Każde Nebbiolo miało swój charakter: jedno z lekką nutą fiołków, drugie bardziej ziemiste, trzecie z taninami tak mocnymi, że mogłyby jeszcze dziś polerować mi zęby. Tylko że moja głowa – zamiast analizować niuanse – zajęta była myślą, czy istnieje w świecie coś bardziej bezlitosnego niż trzydziestostopniowy upał, koszula z długim rękawem i stojąca degustacja w południe.
I wtedy przyszło to uczucie, które znam aż za dobrze. Nie zmęczenie winem, tylko zmęczenie sobą – tym, że kolejny kieliszek nie daje już radości, tylko poczucie obowiązku. Że zamiast celebrować smak, zaczynam odhaczać próbki jak zadania na liście: Barolo? Zrobione. Barbaresco? Zaliczone. Langhe? Odfajkowane.
To właśnie tak smakuje wypalenie zawodowe – jak Nebbiolo, które powinno wzruszać, a zamiast tego wzbudza tylko obojętne „aha”. Kiedy człowiek przestaje się cieszyć tym, co go kiedyś zachwycało, a każde kolejne wino – nawet najlepsze – zaczyna być tylko kolejnym punktem w kalendarzu.
Patrzyłem na winiarza, który z pasją gestykulował, opowiadając o mikroklimacie swojego zbocza. A ja w głowie układałem zdanie: „Szanowni Państwo, Nebbiolo to fascynujący szczep, ale dziś bardziej niż fiołki czuję własne mokre plecy.”
I może właśnie w tym kryje się cała prawda o naszej branży: nawet najbardziej szlachetne wino nie obroni się, jeśli w sercu zabraknie bąbelków entuzjazmu. Można mieć przed sobą Barolo za trzycyfrową kwotę, rocznik opisywany w przewodnikach jako „legendarny” i kieliszek tak cienki, że strach oddychać – a mimo to smakować wino jak zwykłą herbatę z cytryną.
Bo bez pasji każde Nebbiolo staje się tylko kolejnym punktem w kalendarzu degustacji, a każde lato – kolejną falą upałów( czy aby na pewno?). I wtedy naprawdę smakuje to wszystko jak rozgazowane prosecco: niby wciąż wino, niby wciąż coś wyjątkowego, ale radość gdzieś uleciała, jak ostatnia kropla piany ze ścianki kieliszka.
Na szczęście – bąbelki wracają. Czasem wystarczy chwila przerwy, oddech, spotkanie z ludźmi, którzy pytają o Nebbiolo tak, jakby odkrywali nowy kontynent. Czasem wystarczy otworzyć wino nie po to, by je analizować, ale by po prostu wznieść toast. I wtedy nagle przypominamy sobie, że to nie chodzi tylko o aromaty, taniny czy terroir.
Bo wino – nawet Nebbiolo – ma sens tylko wtedy, gdy pijemy je z iskierką w oku. A prosecco, nawet jeśli bywa rozgazowane, zawsze można schłodzić i nalać od nowa.



Komentarze